Darmowy licznik odwiedzin
RSS
poniedziałek, 21 marca 2016

W sumie nie wiem jak to się stało. Nie ma sensu pisać czemu nie było mnie tu tyle. Nie będę wracać do przeszłości, opowiem o teraźniejszości. W ciąży nie udało mi się być... W sumie to wróciłam do punktu wyjścia, ale po kolei...

Moje leczenie w klinice Vitrolive stanęło w martwym punkcie. Sama nie wiem czy to z winy mojej, lekarza, systemu? No sama nie wiem... Może przeceniłam ich możliwości, a może po prostu nie umiałam dostosować się do ich metod leczenia. Odkąd przestałam przyjmować Diane 35 mój cykl oszalał jak przed rozpoczęciem leczenia. Nie miałam okresu przez 60 dni, potem miałam 2x w miesiącu, potem znów nie miałam... Do tego lekarz ciągle mówił mi: "Proszę zbadać męża i zobaczymy co z in vitro". Nie chciałam się z tym pogodzić, bo uważałam, że skoro wiem, czuję, że ze mną jest coś nie tak to dlaczego tego nie leczyć??? Dlaczego in vitro??? No i zrezygnowałam. Przestałam chodzić do lekarza. Leki brałam tak jak kazał (wypisywał mi je internista). Waga stoi w miejscu, inne sprawy (tarczyca, cukier) cholerka wie, bo nawet nie dostałam w klinice skierowania na badania... No więc zrezygnowałam...

Zaczęłam szukać innego lekarza w sprawie konsultacji. Postanowiłam poradzić się kogoś innego czy rzeczywiście taki schemat jaki proponuje Vitrolive to jedyny sposób leczenia. Szukałam długo. Znajomi polecali jednych lekarzy, ja czytałam o innych. Aż w końcu trafiłam na informacje o szczecińskiej klinice Mamma i dr. Rawickiej. Opinie - idealne. W sumie trafione w punkt jeśli chodzi o moje dolegliwości. Zadzwoniłam i zapisałam się na konsultacje do dr. Rawickiej. Czekałam niecałe dwa tygodnie. 29 lutego zgłosiłam się na wizytę. Pani doktor wspaniała. Miła, grzeczna, uprzejma. Dokładnie wysłuchała mojej historii, przejrzała moje dotychczasowego wyniki, obejrzała cały kalendarz cyklu od 2013r. Wystawiła mi skierowanie na wyniki, które chce, abym zrobiła. Dała skierowanie dla męża na wyniki ją interesujące (pierwszy raz ktoś zainteresował się mężem (poza wynikami nasienia)). I opowiedziała o NaProTechnologii. Zaproponowała, abym zapisała się do jednej z Pań instruktorek, które uczą modelu Creightona. I tak trafiliśmy z mężem do pani Karoliny. Pierwsze spotkanie było darmowe, miało być kilka par, a suma sumarum byliśmy sami, bo pary zrezygnowały. Wprowadzało w model i tłumaczyło jego zasady. Po zdecydowaniu się na udział w "projekcie" kupiliśmy materiały i rozpoczęliśmy obserwację.

Postaram się opisywać postępy w miarę na bieżąco (nie będę obiecywać, że codziennie, bo się pewnie nie uda). W kolejnym postach postaram się też wytłumaczyć o co dokładnie w tym wszystkim chodzi, gdyż w sumie też się sama uczę. Na ten moment wiem, że:

  • jest 8 spotkań indywidualnych z instruktorem, najpierw co 2 tygodnie, potem co miesiąc i ostatnie po 3 miesiącach
  • obserwacje należy prowadzić regularnie, codziennie
  • obserwacja polega na sprawdzaniu tego, co "zostaje" na papierze toaletowym po skorzystaniu z łazienki
  • codziennie wieczorem wklejam w specjalną kartę odpowiednią naklejkę i opisuję to, co w danym dniu zaobserwowałam

Następne spotkanie mamy 05.04.2016. Do tego czasu codziennie prowadzę obserwację oraz przez ten czas mamy z mężem zrezygnować ze współżycia (nasienie może zmylić obserwację). Oczywiście nie to, że NIE WOLNO, ale lepiej nie. Dziś jest 3 dzień mojej obserwacji. Karta i naklejki wyglądają tak:

20160321_190258Na pewno po każdym spotkaniu z panią instruktor będę pisać co się okazało. Postaram się też do najbliższego spotkania napisać posta z informacją: "o co w tym wszystkim chodzi".

Nie wiem czy przedwcześnie, ale znów narodziła się we mnie nadzieja. Może teraz się uda??

19:12, monika_piw84
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 lipca 2014

Aż wstyd się przyznać normalnie, ale całkowicie pochłonęły mnie prace domowo-ogrodowo-żniwno-weselne... I zapomniałam o tym, żeby choć na chwilę poświęcić czas na to, żeby napisać cokolwiek. Ale poprawiam się. Ogromną zasługą jest to, że dowiedziałam się, że nie piszę tych wiadomości tylko sama dla siebie i że są ludzie, którzy to czytają... Może razem, czerpiąc z doświadczenia mojego i ktoś coś o sobie się dowie? Pozdrawiam Panią, która jest autorką pierwszego komentarza na moim blogu :-)

No a co u mnie? Zacznę oczywiście od stanu zdrowia. Jeśli chodzi o samopoczucie jest ok. Leki biorę wciąż, lekarz rodzinny bez problemu mi je wypisuje. Metformax nadal 500, 3 razy dziennie. Nie mam już tych wszystkich dziwnych akcji z zawrotami głowy, nudnościami czy czymkolwiek. Albo moja insulinooporność się leczy i organizm zaczyna walczyć z cukrem, albo przyzwyczaił się do leków i będzie trzeba zwiększyć dawkę. Czas pokaże... Euthyrox nadal N25, codziennie rano na czczo jedna tabletka. Nie uważam, żeby w jakikolwiek sposób negatywnie działała na moją osobę, pewnie tylko normuje działanie tarczycy w ukryciu. No a jeśli chodzi o Diane-35 to są dziwne akcje. Normalnie przy braniu tabletek o działaniu antykoncepcyjnym powinno w okresie odstawienia wystąpić kilkudniowe krwawienie i koniec, następne opakowanie. W moim przypadku jest inaczej. W okresie odstawienia krwawienie nie wystąpiło, natomiast przy wzięciu 1 tabletki z nowego listka zaczęła się normalna miesiączka, która trwała 10dni (o zgrozo!!!). Bóle brzucha przez pierwsze 4 dni miałam tak okropne, że pierwszego dnia łykałam ibuprom co 2godz. bo bym nie dała rady wysiedzieć w pracy. Po tym jak skończyło się krwawienie zaczęło się upierdliwe plamienie, które można powiedzieć, że trwa do dziś. Czytałam ulotkę i wiem, że takie coś jak plamienie między krwawieniami może się zdarzyć, a dziewczyny na forum piszą, ze organizm do tabletek przyzwyczaja się przez 3 miesiące (3 opakowania). No zobaczymy, moje drugie kończy się w tą sobotę (02.08.2014) i zobaczymy czy wystąpi krwawienie z odstawienia i jak to będzie. Poza tym wiem, że na dniach muszę zapisać się do dr Sienkiewicza na wizytę, bo czeka się około miesiąca, a po 3 miesiącach miałam iść na kontrolę. Także… czekamy. Ogólnie mój stan zdrowotny oceniam na ten moment na dobry +. Aaaaa… i najważniejsze… od momentu rozpoczęcia leczenia, unikania alkoholu, piwa, nie-jedzenia ziemniaków, makaronów, ryży, słodyczy ubyło mnie 5kg. Niby dużo niby nie, ale to jest jakiś swoisty sukces. Oby tak dalej. Marzy mi się, żeby udało mi się zgubić jeszcze ze 4-5kg do ślubu, bo wyglądałabym dużo lepiej. A ślub już 06.09. :)

No właśnie. Niby do jutra jest czas na potwierdzanie przybycia na nasz ślub a jak dotąd odezwało się może 20 osób na 90 zaproszonych… ciekawe czy każdy myśli, że jak wie, że przyjeżdża to nie musi potwierdzać czy co? No czekamy do jutra.

Żniwa u nas w pełni, mój Skarb kosi ostro co popadnie. Niestety prawie codziennie nasz staruszek wysłużony kombajn ma jakąś awarię i codziennie przestój. Wczoraj strasznie padało, więc jest opcja, że dziś będą mieć więcej czasu na doglądnięcie go. A ogólnie zboże ładne, czyste, złote i suche :) A i baaaardzo wydajne.

A ja w tym czasie mam swoje żniwa ogórkowe. Jak dotąd przerobiłam ponad 11 wiaderek ogórków. Powiem szczerze, że mam już ich ciutkę dość. Wczoraj po powrocie z pracy przerobiłam 3 wiaderka, a wiem, że w ogródku jeszcze ze 2 wiaderka czekają już gotowych na przerób, a nowych, malutkich już jest na pęczki. Na ten moment mamy zakiszonych ponad 30 słoików, 12 słoików jest z chilli i wczoraj 6 słoików zrobiłam czosnkowych. Należałoby jeszcze zrobić kilka czosnkowych, bo są dobre i muszę zawalczyć jeszcze z kiszonymi, bo u nas schodzą najlepiej w zimie. A… i wczoraj zakisiłam wiaderko na małosolne. Dobrze, ze w tym roku mamy późną fasolkę… Ogórki się skończą to fasolka się zacznie. A tak wszystko na raz to bym zbzikowała. Wczoraj od 16:30 do 20:30 walczyłam z ogórami. Dziś szykuje się to samo…

No to na tyle na dziś. Miłego dnia i do przeczytania wkrótce!

środa, 09 lipca 2014

Dzisiejszy dzień zaskoczył mnie bardzo :)

Po pierwsze dlatego, że jest ostatnim dniem mojego urlopu... I jutro muszę iść do pracy - ale ten czas szybko leci...

Po drugie dlatego, że na wadze -4kg... :)

Po trzecie - super samopoczucie, zero zawrotów, bólów, śmulów... moja insulinooporność i hiperinsulinemia zaczynają chyba się leczyć. Dziś jest również 5 dzień od wzięcia ostatniej tabletki Diane-35... Krwawienia z odstawienia nie mam i nie wiem co mam robić. Czy brać za 2 dni nowe opakowanie czy czekać na krwawienie? Czytałam ulotkę, ale się niczego nie doczytałam, poza tym, że krwawienie powinno wystąpić w okresie odstawiennym... chyba będę musiała zadzwonić do dr Sienkiewicza.

Po czwarte - suknia moja ślubna jest skrócona, wyprana i czeka na odbiór w Salonie Sukien Ślubnych Justyna w Szczecinie. 400zł kosztowała mnie ta przyjemność - skrócenie, wymiana zamka na sznurowanie gorsetowe i pranie z prasowaniem. Chyba nie jest źle :)

Po piąte - przyszła dziś kurierem niespodzianka :)

Zostałam Ambasadorką Le Petit Marseiliais :) Dostałam piękną paczuszkę, list, przewodnik i mam się bawić z nimi przez najbliższe 6 tygodni :) Zawartość tego prześlicznego opakowanka?

Żel pod prysznic, mleczko do ciała i 20 sztuk próbek każdego z w.w do "poczęstowania" koleżanek... Jedne próbeczki już dałam bratowej Janka.

Ja sama już wzięłam prysznic w towarzystwie żelu :) Zapach piękny, bardzo się pieni, super się nim myje. Zapach relaksuje i koi :) Skóra po kąpieli była taka...aksamitna. I potem to mleczko. Pomysł aplikatora - rewelacja. Nic się nie leje po dłoniach, leci ile trzeba :) Zapach piękny, super się rozsmarowuje, świetnie nawilża. I co najważniejsze - nie zostawia "tłustych" dłoni - nienawidzę tego we wszystkich balsamach. No i po godzinie od prysznica nadal pięknie pachnę :) Póki co polecam. Jutro kilka próbek ruszy w miasto, bo rozdam je kumpelą w pracy. Szkoda, że paczka nie przyszła wczoraj, bo odwoziłam Zuzię do jej babci i tam miałabym komu dać. Ale nic to. Znajdę właścicieli tych paczuszek :) I nawet Janek chce "spróbować" :)

piątek, 04 lipca 2014

Oj długo mnie tu nie było... a wszystkiemu winny jest... URLOP :)

Ale wracam już do normalności... Generalnie co by tu opowiedzieć... Może od początku...

Tydzień temu przyjechał mój brat z dziewczyną i z Zuzią. W sobotę pojechaliśmy do pobliskiego, niemieckiego miasteczka Schwedt po zakupy. Jak to Polacy - proszki, płyny, inne o wiele lepsze produkty. I co się okazało? Że Niemcy mają chyba większy niż my problem z cukrem, bo asortyment bezcukrowych produktów slodyczowych mają ogromny. Więc nie omieszkałam i kupiłam trochę łakoci. Ceny? Ciut wyższe niż normalnych produktów, ale niższe niż te w Polsce. A to kilka ze wspomnianych produktów (było więcej, ale przez tydzień ciut podjadłam) :)

W niedzielę odpoczywaliśmy, oglądaliśmy mecze, byliśmy na grillu u mojego przyszłego męża bratowej. A w poniedziałek wielkie wydarzenie - wyjazd do Berlina :) Piękna sprawa. Na peronie każdego dworca DBBahn znajduje się automat biletowy. Ustawić można sobie język na polski i za 29€ kupujecie 1 bilet (tzw. Brandenburgia-Berlin-Ticket) umożliwiający poruszanie się wszelkiego rodzaju komunikacją po całym landzie Brandenburgii plus Berlin do 5 osób. Obejmuje to wszystko: s-bahn, u-bahn, tramwaje, autobusy... Wsio :) Nas była piątka, więc rewelacja. Podróż ze Schwedt do centrum Berlina zajmuje ok 1,5h. Przyjemnie, z klimatyzacją. Z HBF dostaliśmy się do Zoo, a stamtąd do ogromniastego sklepu PRIMARK :) Powiem szczerze, że jakbym miała 1000€ to wszystko bym tam wydała na ciuchy. A tak to ja wydałam dla siebie 40€, Janek 25€, dla Zuzi za 40€ kupiłam ciuszków. Mój brat i jego dziewczyna wydaj coś koło 200€... Także zakupki udane. Stamtąd wsiedliśmy w metro, dojechaliśmy do Dworca ZOO i złapaliśmy autobus 100. Pół godzinki jazdy piętruskiem i zobaczyliśmy najważniejsze punkty Berlina. Potem spacer od Alexander Platz do Aqua Domu (1mln L wody w akwarium robi wrażenie) i znów 100 do Bramy Brandenburskiej. Tam kilka fotek, kawusia w Starbucks, lody w Häagen-Dazs  i do domu :) Wyjazd cudowny, Berlin bardzo mi się podobał. Może nie ma w nim żadnych historyczno-architektonicznych piękności jak w Rzymie czy Paryżu, ale... komunikacja boska. Nigdy nie byłam w tym mieście a za pomocą jednej małej mapki objechaliśmy bezbłędnie najważniejsze miejsca. Gorąco polecam! Ja na pewno się znów tam wybiorę!!!

A to foto Brandenburgia-Berlin-Ticket :)

Wczoraj byłam na przymiarce sukni ślubnej u krawcowej :) Suknia dopina się bez problemów, czyli... objętościowo schudłam :) Na zdjęciach nada wyglądam niekorzystnie, ale to nic - pracuję nad sobą. Czuję się bardzo dobrze, nic mi nie dolega, nie mam zawrotów, nie mam nudności, nie jest mi sennie czy niedobrze. ogólnie leki działają i jest ok. A i Zuzia (która u mnie została na kilka dni) dba o moją sprawność fizyczną i codziennie rozgrywamy mecze na boisku do badmintona :) (kupione w Lidlu za 49zł). Dziś chyba jakieś rowerki, a w planach jest też wyjazd do Międzyzdrojów. We wtorek Zuzia jedzie do domu, a ja od czwartku do pracy.

Wspaniałego dnia!

piątek, 20 czerwca 2014

Znów mam kaca moralnego jeśli chodzi o aktywność na blogu... Mamy dziś piątek... Nie było mnie 3 dni... Może delikatne podsumowanie?

Samopoczucie odnośnie leczenia - dobre. Skończyły się zawroty głowy, bóle brzucha i inne mdłości. Jak jestem głodna i przeciągnę to zaczyna mnie bardzo boleć brzuch i zaczynają się delikatne szumy w głowie. Ale jak jem co ok.3 godziny to jest ok. Wagowo? Schudłam 2kg... Odkąd zaczęłam kurację troszkę mnie ubyło... Bardzo to cieszy :) W środę byłam u lekarza rodzinnego, bo kończą mi się metformaxy. Wypisał bez problemu, 3 opakowania - wystarczy na 30dni... Koszt: niecałe 15zł :) Takie leczenie to ja lubię. Zauważyłam u siebie dodatkowe coś nowego, czego wcześniej nie miałam, a mianowicie takie bąbelkowanie w brzuchu... Chyba muszę zainwestować w espumisan :)

Samopoczucie poza leczeniowe? Do kitu... W pracy jakoś kwas... Wyciekają jakieś ważne dane poza biuro i niewiadomo kto, ale ktoś poniesie za to konsekwencje. Szefowa czeka na konkretne nazwisko... W domu też kiepsko... Janek po raz kolejny zawiódł moje oczekiwania... Daję mu ostatnią szansę...

Jest jakiś pozytyw :) Mamy piątunio i za niecałą godzinkę gra moja Squadra Azzurra. Lód się robi, woda się chłodzi, cytrynka czeka :) Do tego szaliczek na szyję, koszulka na siebie i Avanti :) (trochę się boję, bo ta Kostaryka jakaś straszna :P)

17:10, monika_piw84
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 czerwca 2014

Należą się krótkie słowa wyjaśnienia... Weekend minął mi niezmiernie szybko, wszystko przez ten remont... Można powiedzieć, że pokój jest już w stanie surowym. Wystarczy teraz odmalować, pomalować, położyć panele i mamy sypialnię gotową. A potem odkładać na mebelki :)

Pogoda ładna, ciepło i słonecznie. W niedzielę przez te emocje związane z meczem Włochy-Anglia nie wstałam do kościoła. Janek pojechał sam... Trudno... Potem pokręciłam się po domu, jakieś jedzenie przygotowałam, coś tam ogarnęłam i koniec niedzieli. Oczywiście jeśli chodzi o samopoczucie nastąpiła duuuuża poprawa. Od soboty nie mam już zawrotów głowy ani mdłości. Jedynie czasem pobolewa mnie żołądek, ale to jest do zniesienia. Chyba w końcu organizm przyzwyczaił się do leków?

Poniedziałek - znów rano niespodzianka - kapeć w przednim kole od kierowcy. Janek szybciutko napompował koło, ale... widać trzeba kupić nowe kapcie mojej polóweczce, bo raz na tydzień trzeba pompować... Oczywiście spóźnienie do pracy i sporo roboty. Ale dobre samopoczucie, nic nie boli, nic się nie kręci.

Aha, i od soboty biorę Diane-35 i jak narazie też jest ok. Także łykam leki jak szalona, jem dietetycznie i liczę, że kg będą się gubiły a hormony i glukozy i insuliny leczyły :)

Życzę wszystkim wspaniałego dnia.

Ps. Muszę w końcu napisać wniosek urlopowy... Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli to od 30 czerwca mam kilka dni wolnego. Bo za 10 dni przyjeżdża do nas mój brat z dziewczyną i moja ukochana chrześniaczka Zuza :D Będzie bosko!

09:28, monika_piw84
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 czerwca 2014

Wczoraj nie miałam jak napisać, bo jesteśmy w trakcie remontu sypialni... A może więcej... Dopiero sypialnię robimy. Ekipa wpadła na szybko, bo w niedzielę wyjeżdżają na robotę zagramaniczną... I stąd pośpiech... a chcemy zdążyć z sypialnią przed wakacjami, jak przyjedzie Zuzia (moja chrześnica) żeby było więcej miejsca. No i oczywiście przed ślubem (który już we wrześniu), żeby więcej ludzi mogło u nas spać...

Wczoraj samopoczucie lepsze, aczkolwiek było parę momentów, że czułam mocne zawroty głowy. O dziwo żołądek się uspokoił. Coraz bardziej myślę, że to jednak od tego metformaxu. Może za duża dawka jak na początek? Czytałam na forum-ach, że dziewczyny zaczynają od 1-2 tabletek, a ja od razu dostałam 3... Ale ja znów mam z czego zbijać, bo cukier 777 to jest lepiej niż szatańskie 666... Czas pokaże, daję sobie jeszcze ciut więcej czasu.

Dziś pobudka po 7 rano (o zgrozo, mamy sobotę!!!)...

...bo ekipa przyjechała kończyć pokój... jak już będzie efekt końcowy z pełnym umeblowaniem (to dopiero po weselu, bo teraz z kaską cienko) to zrobię foto-reportaż jak to wyglądało a jak wygląda dziś :) A wygląda piękniaście :)

Dziś grają moi ukochani... Mecz z Anglią... Po północy... Wybrańcy Prandellego muszą pokazać klasę... Zastanawia mnie ile jeszcze da radę Pirlo, najlepszy pomocnik świata... Naprawdę prawdziwy MISTRZ:

http://sport.tvp.pl/7853017/pirlo-druga-mlodosc-lidera-squadra-azzurra

Także woda z lodem i cytrynką w dłoń, orzeszki bez soli w miseczce i ANDIAMO CON INGHILTERRA!!

Ps. Nie lubiłam Holendrów, bo w 2008r. pokonali Włochów 3:0. Pamiętam jak pojechałam (mieszkając jeszcze w Warszawie) na mecz do knajpki. Ubrana w barwy ITALII. Koszuleczka, spodeneczki, full wypas. I co? Dostali 3:0 w d... Wracałam metrem, ubrana w barwy ITALII ze spuszczoną głową i smutną minką. Na przeciwko mnie siedzieli chłopaki w barwach Holandii. I śmiali się ze mnie i do mnie mówiąc: "No cóż, żal....". Także miałam powody, żeby Holendrów nie lubić...Ale za to jak wczoraj pojechali z Hiszpanami mają u mnie ogromniastego PLUSA! Bo ile można oglądać uśmiechnięte twarze podopiecznych del Bosque... :)

czwartek, 12 czerwca 2014

Dziś rozpoczynają się Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w Brazylii...

Jak zawsze kibicuję mojej ukochanej Squadra Azzurra. Kibicuję błękitnym odkąd pamiętam... A dokładnie od Mistrzostw Italia '90... Wtedy to zakochałam się w Roberto Baggio i tak się zaczęło... Jak byłam młodsza interesowałam się tym bardziej, kto trenerem, kto obrońcą, kto napastnikiem, kto królem strzelców. Teraz nie mam na to czasu, ale miłość do drużyny została... Aczkolwiek należy szukać kolejnego idola, bo Baggio już nie gra, Zambrotta też nie... Ale pewnie ktoś się teraz znajdzie nowy...

Zaraz zaczyna się mecz otwarcia... I ruszy Brazyliana... a w moim żołądku dziś też prawdziwa Brazyliana... Od rana zawroty głowy... A od godz. ok 14:00 w żołądku rozróba, jakby każda część ciała chciała robić meksykańską falę... Coś jakby nadchodziła grypa żołądkowa... I nudności... i inne "przyjemności"... wieczorkiem przeszło i teraz jest dobrze...

Czytałam fora na temat "metformax skutki uboczne". Ponoć dziewczyny z moimi przypadłościami też się początkowo źle czuły. Może należy dać organizmowi szansę? Poczekam jeszcze do weekendu, jeśli się nie poprawi w poniedziałek dzwonię do dr Sienkiewicza.

Aha... i jeszcze jedna niespodzianka... byłam pewna, że cykl będzie mega długi i w ogóle, a tu niespodzianka i dziś jestem w 2 d.c. także za 3 dni startuję z Diane-35.

Życzę miłego wieczoru i wielu wrażeń przed TV przez najbliższe dni. A tym, którzy nie lubią piłki a mają partnerów, którzy ją lubią życzę wytrwałości i cierpliwości. A może warto się dać przekonać? To naprawdę magiczny sport (pod warunkiem, że nie gra reprezentacja Polski :P).

środa, 11 czerwca 2014

Na pierwszej wizycie w Vitrolive było bardzo miło. Czekaliśmy z Jankiem pod gabinetem dr Sienkiewicza. Pan doktor wychodził i każdą parę (lub kobietę) zapraszał z imienia. Przyszła kolej na nas. Tak jak wcześniej pisałam, wyczerpujący wywiad, co się dzieje i tak dalej. Było też śmiesznie, zwłaszcza jak opowiadałam o swoim schudnięciu a dr Sienkiewicz spojrzał na mnie i powiedział: „Jakoś nie widzę, żeby była pani specjalnie wychudzona” :D  Potem pytał o moje problemy z cukrem, więc powiedziałam, że miałam badane i jest ok.

- Udowodnię pani, że nie jest ok. Wie pani jak są robione badania cukru? Przychodzi pani na czczo, pobierają krew i jest dobrze. A na następnym spotkaniu zobaczy pani, że jest problem. – powiedział lekarz.

Wypisał skierowanie do szpitala do Polic. Położyć się na 3 dni (dwie noce). Przebadają i do domu. Dostałam Duphaston na wywołanie cyklu i heyah. W 1-3 dniu cyklu zadzwonić, zapisać się na pobyt i robić wyniki, a z wynikami wrócić na kolejną wizytę.

Do Polic trafiłam 3 kwietnia. W drugim dniu cyklu. Pokój 3 osobowy, dwie pacjentki i ja. Pierwszego dnia nic wielkiego mi nie robili. Przeprowadzili wywiad, waga, wzrost, choroby. Zaprzyjaźniłam się z dziewczynami z sali, które przyszły na 1 noc do szpitala na badania HSG. Następnego dnia z rana, na czczo pobrali mi 2 próbówki krwi. I powiedzieli, że już dziś nic, jutro na czczo krew na cukier i do domu po 12-stej. Dziewczyny miały HSG i powychodziły do domu, ja zostałam w pokoju sama. Ale było ok. czas wykorzystałam na odpoczynek i grałam w grę na kompie. W sobotę rano poszłam na I pobranie, potem dostałam do wypicia glukozę i za godzinę miałam mieć drugie. Po wypiciu glukozy (po jakichś 15min) zaczęło mi się tak kręcić w głowie, że musiałam się położyć. I chciało mi się bardzo wymiotować, nawet nie wiem jak się powstrzymałam (chyba siłą woli, żeby przebrnąć przez to badanie). Po godzinie poszłam na kłucie. I po kolejnej godzinie na III pobranie. Potem czekanie… na lekarza… żeby wypisał do domu… przyjechał po mnie Janek a tu czekanie, bo nie ma lekarza. Po 14-stej przyjął mnie lekarz. Traf chciał, że to dr Ciepiela :) Do którego chciałam trafić w Vitrolive. Okazało się, że nie miałam usg. Zeszliśmy na dół. Lekarz zrobił mi usg (podczas krwawienia miesięcznego, było to dla mnie dziwne, ale powiedział, że to tak musi być, bo sprawdzają mi objętość jajników). Na wielkim ekranie telewizora widziałam to, co lekarz widział na monitorku. I wszystko mi opowiadał. Powiedział nawet „Ale ma pani super wielki jajnik” :) To chyba był komplement. Po czym pozwolił wrócić na oddział i iść do domu. Opinia o dr Ciepieli? Młody, sympatyczny człowiek, przy którym nie czułam w ogóle spięcia, jakie czuje się przy badaniach ginekologicznych.

Ogólnie jak jest w Policach? Ja leżałam na oddziale Kliniki Medycyny Rozrodu i Ginekologii (ordynator prof. Kurzawa). Personel – super, pielęgniarki, lekarze, salowe wspaniałe, miłe, oddane dziewczynom. Jedzenie – dość dobre, aczkolwiek porcje głodowe (dobrze, ze na dole jest dość dobrze zaopatrzony (i dość drogi) sklepik + automat z kawą (PS. Dla tych, kto będzie musiał tam leżeć warto wziąć swoje sztućce, kubek i kawę/herbatę, bo na korytarzu jest stolik i można sobie robić – nie trzeba przepłacać z automacie)). Czysto, ładnie. Ogólnie taki 3-dniowy urlopik :) Gorzej (w moim przypadku) wyglądała sprawa wypisu. Do Polic od nas jest ok.80km. Wypis miał być po ok. 3 tygodniach (dopiero wtedy spłynęły wyniki). Miałam dzwonić i się pytać. Czy już jest, żeby nie jeździć bez sensu ten kawał na marne. Wyniki były po 4,5tygodniu. Ale nie było profesora, żeby mógł podpisać wypis z wynikami. Czekałam łącznie 6 tygodni po czym zapisałam się na wizytę w Vitrolive do dr Sienkiewicza i poprosiłam panią sekretarkę z oddziału w Policach, żeby moje wyniki dała dr Sienkiewiczowi i że na wizycie on da je mi, bo tak to bez sensu czekać, bo się w końcu przedawnią. Ogóle od momentu pobytu w szpitalu do wizyty minęły 2 miesiące.

II wizyta u dr Sienkiewicza była 03.06.2014r (tydzień temu). Znów miło, sympatycznie, dowcipnie. Omówione wyniki, diagnoza, leczenie i plany na przyszłość. Moje zdanie – brać leki, schudnąć i się ruszać. Zadanie lekarza – leczyć mnie :)

Od tygodnia (wystartowałam z leczeniem 04.06.2014r.) nie jem:

- słodyczy wszelakich

- ziemniaków pod każdą postacią

- makaronów, ryży, kasz

- klusków

- mąki białej

- pieczywa białego, ciemnego

- nie pijam napojów, soków, piwa, alkoholu

- unikam tłuszczów

- nie używam cukru

Przerzuciłam się na produkty o niskim IG. Jem głównie:

- pieczywo razowe SONKO

- owoce (wszystkie oprócz bananów, arbuza i wszystkich puszkowych)

- warzywa

- chude mięso i wędliny

- nabiał

- wmuszam w siebie (w pracy) półtora L wody niegazowanej + w domu woda, kawa, herbata

Ze względu na kiepskie samopoczucie, zawroty głowy i czasami nudności póki co nie ćwiczę katorżniczo, ale planuję rowerek, „kijki”, w wakacje pływanie i badminton. Teraz poświęcam czas na remont (robimy pokój sypialniany w naszym domu) i ogródek (pielenie, podlewanie).

Ogólnie czuję się dobrze, mam wrażenie, ze objętościowo się zmniejszyłam. Jutro planuję się zważyć i zmierzyć (minie tydzień od początku kuracji lekowej).

A za 3 miesiące wizyta kontrolna u dr Sienkiewicza.

Tymczasem udanego dnia (bez upałów, których mam już dość!). I do następnego wpisu!

Ps. Gorąco polecam Vitrolive, bo tylko dzięki temu, że trafiłam do specjalistów wiem, co mi jest i jest szansa na normalne funkcjonowanie, na zgubienie wagi, na "normalny" wygląd i jest szansa na powrót owulacji a co za tym idzie na ciążę? Dr Sienkiewicz mówi, że powinno się udać :)

 



Wydawałoby się, że napisałam już dość sporo... Ale generalnie nie zaczęłam od tego co mnie skierowało na ten tok leczenia... Czas powiedzieć o sobie więcej...

Urodziłam się w Olsztynie, przez około 10 lat mieszkałam w Warszawie, od 2 lat mieszkam w malowniczym woj. zachodniopomorskim, w małej wiosce nieopodal Gryfina. Przyjechałam tu za miłością mojego życia, moim narzeczonym, a już w niedalekiej przyszłości mężem Jankiem. Jak już pisałam mam 30 lat... Mój Janek jest ode mnie 21 lat starszy... Różnica wieku jest znaczna. Ludzie patrzą na nas różnie. Jedni widzą w Janku mojego ojca, inni sponsora, rzadko kto widzi partnera. Niektórzy pytają czemu On, czemu wybrałam faceta o tyle lat starszego, czy zdaję sobie sprawę z konsekwencji mojego wyboru? Jeszcze pewnie nie raz ktoś zada mi ból związany z tym wyborem. A czemu wybrałam Janka? Bo to jest miłość mojego życia. To jest mężczyzna, który sprawił, że poczułam się kobietą, kochaną, atrakcyjną, potrzebną... I nie zamieniłabym go na nikogo innego...

Jeśli chodzi o chorobę... Zaczęło się już dawno... Problemy z nadwagą miałam odkąd pamiętam. Zawsze słyszałam, że jestem gruba. Dzieci w szkole, znajomi w liceum, ludzie na studiach. Często komentowali mój wygląd i sprawiali przykrość. Ale widocznie nie na tyle, żeby się za siebie wziąć. Zresztą... zawsze mówiłam sobie, że jestem chora i nie schudnę. Około 5 lat temu zaczęłam swoją walkę. Na topie była wtedy dieta Dukana i postanowiłam spróbować. Efekty pojawiły się w pierwszym tygodniu stosowania i trwały dość długo. Przez cały okres stosowania diety schudłam ok. 30kg. Wyglądałam bosko! Odnalazłam wiarę w siebie, ludzie zaczęli inaczej na mnie patrzeć, a faceci interesować. Po pół roku po „odrzuceniu” diety postanowiłam zrobić wyniki, bo mówiło się, że ta dieta jest bardzo niezdrowa. Wyniki wyszły rewelacyjne. Jedyne co mi się sypnęło to cykl miesiączkowy. Przestałam ten temat kontrolować, nie wiedziałam kiedy co i jak. Okres dostawałam kiedy tylko chciał tego organizm. Albo 2 razy w jednym miesiącu, albo przez 2 miesiące nic… Po jakimś czasie postanowiłam udać się do ginekologa. Trafiłam prywatnie, do bardzo miłej pani doktor, jeszcze w Warszawie. Zrobiła mi pogadankę o antykoncepcji i przepisała tabletki – Jeanine. Brałam je przez rok. Działały. Krwawienia miałam co 28 dni z zegarkiem w ręku. Ale przez ten rok brania tabletek, normalnego jedzenia, picia alkoholu, imprez, „normalnego” życia przytyłam. I tyłam z każdym miesiącem. Na 3 miesiące przed wyprowadzką z Warszawy trafiłam do NaturHouse’a (punkt w Złotych Tarasach), poleciła mi to koleżanka z pracy. Wzięłam się za odchudzanie z renomowanym dietetykiem. Pierwsza wizyta polegała na zmierzeniu mnie od stóp do głów, zważeniu, sprawdzeniu zawartości tkanki tłuszczowej i wody w organizmie. Okazało się, że waga jest bardzo duża i mam I stopień otyłości (w stosunku do mojego wzrostu). Pani zaproponowała kurację, pokazała rozpiszę diety i nakazała pić duuuużo wody. Na czym polega NaturHouse? Chodzisz do dietetyka raz w tygodniu, na spotkanie. Ważą Cię co tydzień, mierzą raz na miesiąc. Dają dietkę + suplementy diety. Za wizytę nie płacisz nic, za suplementy a i owszem, czasem dość dużo. Ja umówiłam się z moją panią prowadzącą, że będzie mi dawać suplementy z niższej półki cenowej. Tak więc zaczęłam swoją walkę z nadwagą. Po pierwszym tygodniu nie spadło nic, ale to wina imprezki na której byłam i wypicia sporej ilości alkoholu. Pani dietetyk zabroniła spożywania alkoholu. Potem wzięłam się za siebie mocniej. Chudłam 1kg/tydzień, czyli ponoć zdrowo i dobrze. Efekty było widać, bo gubiłam cm… i się wyprowadziłam z Warszawy. W Gryfinie NaturHouse’a nie ma (a szkoda, mogliby pomyśleć nad filią tu…), do Szczecina mam 60km. Dojeżdżać raz w tygodniu – nie chce mi się. I tak znów zaczęłam tyć…  

Tabletki anty odstawiłam w maju 2012. W lipcu zaczęły się problemy z cyklem. W sierpniu pojechałam do ginekologa w Chojnie. Pani doktor powiedziała, że podejrzewa u mnie PCOS, ale że ona na tym się do końca nie zna i podała mi karteczkę z napisem „KURZAWA”. Powiedziała enigmatycznie, że przyjmuje w Policach i chyba gdzieś w Szczecinie, ale muszę poszukać tego w internecie. I że on mi pomoże. Oczywiście na początku poszukałam info w necie. Okazało się, że w Szczecinie przyjmuje prywatnie, a Policach jest w szpitalu, ale trzeba mieć skierowanie… no to co… poszukałam ginekologa w Gryfinie, żeby potwierdził diagnozę. Znalazłam lekarza na NFZ. Znany przez koleżanki z pracy. Jedne polecały, inne nie. Lekarz zrobił mi usg, zaprosił do Szczecina na badania hormonalne. Wyniki miałam po 2 miesiącach. Okresu jak nie miałam tak nie było. Już nawet myślałam o ciąży. Ale nie, wyniki testów były nieubłagalnie negatywnie. Lekarz uznał, że wyniki są dobre. Dawał mi przez 2 miesiące Duphaston na wywołanie cyklu i owulację, a po pół roku stwierdził, że mi nie umie pomóc i podał karteczkę z napisem „VITROLIVE”. I co? Wchodzę na stronę a to się okazuje, że szefem kliniki Vitrolive w Szczecinie jest nie kto inny jak dr Kurzawa. O ironio… pół roku zmarnowane…

Opinie o Vitrolive przeczytałam wzdłuż i wszerz. Wszystkie… portale, blogi, forum. Opinie o dr Kurzawie też. O klinice w Policach (gdzie by the way jest ordynatorem). W końcu w tym roku w lutym postanowiłam się zapisać. Nie będę ukrywać, że głównym motorem jest problem z cyklem (okres miałam albo raz na 2-3 miesiące, albo co miesiąc i potem znów nie miałam), ale również chcemy mieć z Jankiem dziecko. Kochamy się od półtora roku bez zabezpieczenia i nic. Kiedyś myślałam, że to takie proste, a teraz się okazuje, że bardzo trudne. Zanim zapisałam się na wizytę przewertowałam wszystkie informacje o każdym z lekarzy przyjmujących w klinice. Do prof. Kurzawy nie chciałam się zapisywać, bo uznałam, że to za duża „góra” jak dla mnie :P Zresztą finansowo też bym chyba nie dała rady. Wybór padł na dr Ciepielę lub dr Sienkiewicza. O obydwóch Panach opinie są bardzo dobre. Zadzwoniłam. Okazało się, że do dr Ciepieli trzeba czekać ponad miesiąc a dr Sienkiewicz ma „okienko” po 3 tygodniach. Wybór został dokonany… I tak jest do dziś. Jaki jest dr Sienkiewicz? Kompetentny! Sympatyczny! Z poczuciem humoru! Odpowiada na pytanie (nawet te głupie), mówi dużo, tłumaczy. Nie uprawia spychologii. Chyba każdy przypadek traktuje osobno. Jak dla mnie bomba! Polecam, polecam, polecam. Aha, i nie czułam się przy nim skrępowana. Jak wyglądała wizyta w klinice oraz mój późniejszy pobyt w szpitalu opiszę w następnym poście…

Natomiast podsumowując. Jeśli którakolwiek z Was ma problemy ginekologiczne lub hormonalne lub jakiekolwiek tzw. „babskie” lub lekarz prowadzący wspomni o tej klinice – gorąco polecam! Opinie w Internecie są różne. Jedni piszą, że klinika przereklamowana, że idzie na ilość nie na jakość, że ciągną kasę. Dla mnie to bzudry. Poziom w klinice wysoki, pierwsza wizyta kosztowała mnie 180zł. Owszem, sporo… lekarz mnie zbadał od stóp do głów, przeprowadził obszerny wywiad ze mną, potem z Jankiem, wypytał o choroby moje, rodziców, dziadków (to samo Janka). Skierował na pobyt w szpitalu w Policach (na NFZ), tam wykonano mi wszystkie badania. Kolejna wizta – 120zł. Miła niespodzianka? Na wizycie omówione wszystkie wyniki, każdy hormon po kolei, omówiony tok leczenia i co będzie dalej, co zaplanowane. Kolejna wizyta – za 3 miesiące. Być może będzie usg, wtedy koszt 150zł. Leki? Na receptę. Koszt leków? Na miesiąc ok. 20zł… no saszetki inofolicu są drogie, bez recepty i na miesiąc kosztują ok.100zł. Ale te najważniejsze leki (na insulinooporność, hiperglikemię, dyslipidemię i tarczycę) kosztują 20zł. Naprawdę warto spróbować. Dla siebie, dla zdrowia i dla przyszłego dziecka :) Bo wierzę, że jeszcze będziemy R O D Z I C A M I :)

Miłego dnia!



 
1 , 2