Zmagania i walka z chorobą, która mocno utrudnia życie...
Darmowy licznik odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

Początki...

Powinnam chyba zacząć od początku... Ale wcale nie jest to takie proste... Bo gdzie zaczyna się ta historia? Czy wtedy, kiedy mój cykl rozchwiał się na tyle, że nie kontrolowałam tego, co się dzieje? A może wtedy, gdy schudłam 30kg na diecie Dukana? A może od tego jak ważyłam ponad 100kg i postanowiłam zacząć coś robić ze swoją wagą? Sama nie wiem od czego zacząć... Może pisząc ten dziennik uda mi się dotrzeć do samego początku... Jednak najpierw wypadałoby się przedstawić...

Mam na imię Monika... Urodziłam się w lutym roku '84... Czyli jakby nie było trzasnęła mi niedawno trzydziecha :) Pochodzę z Warmii, przez 10 lat mieszkałam, studiowałam i pracowałam w stolicy (za moich czasów takich jak ja nazywano "warszaffką", teraz mówi się na to "słoiki"). Aktualnie mieszkam i pracuję w okolicach Szczecina, malownicze krainy województwa zachodniopomorskiego... Przygnała mnie tu miłość mojego życia, obecnie mój narzeczony, za niedługo mąż - Janek :) Co o sobie więcej? Od zawsze zmagam się ze swoją tuszą... Jako dziecko, nastolatka, studentka, osoba dorosła... Całe życie... Początkowo moja mama podejmowała walki z moją nadwagą, potem ja sama podjęłam kilka walk z otyłością... Zawsze z efektem jo-jo... Aż do teraz...

Około dwa lata temu, kiedy efekt jo-jo po diecie Dukana wrócił ze wzmożoną siłą, całkowicie rozregulował mi się cykl. Wagowo znów przekroczyłam 90-siątkę, dodatkowo okres stanął mi na 3 miesiące. Mieliśmy nadzieję z Jankiem, że się udało, że jestem w ciąży :D A tu niestety... Test za testem wychodził negatywnie. W końcu wybrałam się do ginekologa - jakaś polecona Pani doktor (przecież wtedy nikogo tu nie znałam, mieszkałam dopiero 2 miesiące). Poszłam na wizytę, zrobiła mi USG i stwierdziła: ciąży brak, endometrium grube, proszę brać luteinę i wywoła się okres. Gdyby go nie było - proszę przyjść znów... Luteinę wzięłam, okres się pojawił, uspokoiłam się, aczkolwiek szkoda, bo nadzieje prysły. Ale potem się unormowało. Miesiąc w miesiąc była miesiączka, aż do lutego 2013... Wtedy znów przerwa... Kilka tygodni... Znów nadzieja... A potem wielkie rozczarowanie, bo nadeszła miesiączka, dłuuuga, ciężka, mega bolesna... Znów poszłam na wizytę do Pani doktor ginekolog. I wtedy usłyszałam: "Wie Pani, nie chcę tu być złą wróżką, ale podejrzewam u Pani pcos. Po Pani budowie ciała, rozłożeniu tkanki tłuszczowej i obrazie z USG jajników mogę założyć to na 99%. Ale ja nie jestem specjalistką w tej dziedzinie. Jest bardzo dobry lekarz - prof. Kurzawa - proszę się zgłosić do niego. Przyjmuje w Policach, kiedyś przyjmował na Unii Lubelskiej. Proszę go poszukać i u niego szukać pomocy."... Poszukałam w necie trochę informacji, ale podeszłam do tego sceptycznie. Zamiast zgłosić się z prośbą o pomoc od razu, poszłam do innego ginekologa. Porobił mi usg, badania hormonów, pobrałam przez pół roku DUPHASTON. I stwierdził - Ja Pani nie pomogę. Ma Pani PCOS. Proszę się zgłosić do kliniki VITROLIVE w Szczecinie. Tam Pani pomogą...

To był luty 2014... Po moich 30-stych urodzinach zadzwoniłam do kliniki z myślą, że zapiszę się na I wizytę. Pierwszy wolny lekarz to dr. Sienkiewicz... Poszłam na wizytę w połowie marca... Kiedyś pokuszę się o wpis na temat przebiegu tej wizyty... Efekt spotkania z lekarzem był jeden - skierowanie do szpitala na pełen profil hormonalny + krzywą cukrową. Na wyniki i kolejne spotkanie z Panem doktorem czekałam do wtorku - 03.06.2014... Przyszły wyniki i przerażająca dla mnie diagnoza... Potwierdzenie PCOS. Do tego niedoczynność tarczycy, hiperglikemia, insulinooporność, dyslipidemia. Dodatkowo oczywiste (bez badań) - otyłość I stopnia.... Najpierw zabrzmiało jak wyrok... Pełno leków, prawdopodobnie do końca życia i zapowiedź długiego leczenia...

To teraz wiadomo co mi jest... Długą drogą doszliśmy do początku tego dziennika. Po co go chcę pisać? Bo może kiedyś ktoś trafi na niego i zechce poczytać to, co przytrafiło się mnie i tysiącom kobiet w wieku rozrodczym w naszym kraju i pewnie na świecie... Od środy 04.06.2014r. zaczęłam leczenie organizmu... I chcę się podzielić efektami z każdym, kto jest tym zainteresowany.

Aha... I z góry przepraszam za zawiłe i mało streszczeniowe opisy... W szkole podstawowej wkurzały mnie lektury, w których autor przez kilkanaście kartek opisywał proces spadania listka z drzewa... A teraz robię to samo... Ale nie chcę napisać skrótu... Chcę pokazać wszystko, jak to się zaczęło...

Do czego dążę? Kolejne wpisy to pokażą... Tymczasem pozdrawiam :)

piątek, 06 czerwca 2014, monika_piw84
Jeśli chcesz rozśmie­szyć Bo­ga, opo­wiedz mu o twoich pla­nach na przyszłość.

Polecane wpisy